Czarny skórzany fotel. Mój ulubiony. Uwielbiałam na nim siedzieć godzinami i właśnie to robiłam. Siedziałam w fotelu w moim pokoju na Victoria Road siedem, a w tle leciało Lonely. Bardzo lubię tą piosenkę. Jej refren mówi o mnie.
Ołówek w ręce i szkicownik na kolanach. Znowu rysowałam tego samego mężczyznę. Miał burzę ciemnych loków i lekki zarost podobnego koloru. Jego ciemne oczy patrzyły na mnie ze ścian, ponieważ już wcześniej, i to nie jeden raz, zdarzyło mi się go rysować. Byłam pewna, że go nie znałam. Po prostu lubię patrzeć na jego portrety.
To nie były moje jedyne szkice. Miałam wiele innych. Niektóre były przyklejone taśmą do ścian i mebli. Przedstawiały one zazwyczaj ten sam ogromny zamek, ten sam las i ten samo pomieszczeni wyglądające jak loch, różne dziwaczne urządzenia oraz dziwnych ludzi w czarnych szatach i złotych maskach. Inne rysunki były oprawione w ramki, a pozostałe były rozwalone na całym biurku, a nawet i łóżku. Jakoś nigdy nie potrafiłam zapanować nad porządkiem.
Na moich rysunkach zazwyczaj nie umieszczałam tego co widzę, a raczej to co znajduje się w mojej głowie, w mojej wyobraźni. Chociaż bardzo lubiłam szkic mojej rodziny, który został narysowany zeszłego lata. Znajdowałam się na nim mieszkańcy tego domy, czyli ja, moja ciocia Ally, mój wujek Luis, mój czteroletni kuzyn Jack i moja babcia Emma, która zmarła pół roku temu. Zawsze byłam nieśmiała, ale po jej śmierci jeszcze bardziej zamknęłam się w sobie. Przez co nie miałam przyjaciół. Nawet takich znajomych ze szkoły, bo do niej nie chodziłam. Wujek uczył mnie podstaw w domu, a ciocia nauczała mnie teorii „innych" przedmiotów, których nie uczą w normalnych szkołach.
...I'm lonely, lonely, lonely
I'm lonely ,lonely in my life
I'm lonely, lonely, lonely
God, help me, help me to survive...
Zaczęłam nucić pod nosem i rozmyślać nad tym co czeka mnie za trzy miesiące. Jednak nagle drzwi do pokoju otworzyły się i wleciała do niego taca z ciastkami i mlekiem, a za nią weszła trzydziestojednoletnia brunetka o brązowych oczach.
- Cześć ciociu – powiedziałam.
- Cześć kochanie – przywitała się kobieta wyciągając z kieszeni swoją różdżkę, a za jej pomocą przelewitowała tacę na mały stoliczek stojący obok fotela.
- Kiedy ja dostanę swoją? Mam już przecież jedenaście lat. – już od dawna marzyłam o własnej różdżce.
- Pojedziemy po nią. Obiecuję, ale najpierw przydałoby się żebyś dostała list z Hogwartu, prawda? – odpowiedziała i dodała szybko widząc moją niepewną minę – Oczywiście ja nie mam żadnych wątpliwości co to tego, czy jesteś czarownicą, no ale najpierw list, potem różdżka. – uśmiechnęła się szerzej, a ja kiwnęłam głową na zgodę. – Co tam znowu rysujesz? – najwyraźniej chciała zmienić temat, bo zajrzała mi przez ramię, żeby zobaczyć moje „dzieło".
- Znowu tego mężczyznę. – odpowiedziałam szczerze.
- Ahhh...
- Nie wiem ciągle mam ochotę go szkicować. To jest trochę dziwne, ale gdy patrzę na jego twarz czuję się tak bezpiecznie. To chyba nie jest normalne, co nie?
- To faktycznie jest trochę dziwne, ale nie nienormalne.
- Dzięki.
- Nie ma za co. – przytuliła mnie. – Ale muszę cię zmartwić, bo muszę ci przypomnieć o dzisiejszym obiedzie u kuzynki twojego wujka. – skrzywiłam się. Nie chciałam tak spędzać tego dnia. Jutro był przecież pierwszy lipca, pierwszy dzień wakacji.
- A musimy tam iść dzisiaj? – zapytałam z nadzieją w głosie.
- Niestety tak. Jego kuzynka powiedziała, że nie możemy to nich przyjechać w wakacje. Nie wiem czemu, więc jedziemy dzisiaj. Za dwie godziny wychodzimy, więc masz trochę czasu, żeby się przyszykować. – posłała mi jeszcze jeden ciepły uśmiech i wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi.
Wstałam z fotela i podeszłam do biurka. Wszystkie znajdujące się na nim szkice zaczęłam przekładać na łóżko dopóki nie znalazłam swojej zguby. Trzymając pożółkłą kopertę z zawartością znowu opadłam na fotel. I zaczęłam czytać krótki list napisany bardzo charakterystycznym pismem.
Droga Emmo Goodlook,
Z przykrością muszę powiadomić Panią o śmierci
Pańskiej córki Jane Shyloner i jej męża.
Zginęli w wypadku samochodowym. Jednak
Lolaraine przeżyła. Jest Pani jej najbliższą rodziną
i proszę, żeby to Pani się nią zaopiekowała.
Z wyrazami współczucia
S. B.
Nie wiedziałam kto go napisał, ale bardzo lubiłam go czytać. Uwielbiałam ten fragment, w którym ktoś chce, żeby się mną zaopiekowano, żebym była bezpieczna. Wiedziała, że jego autor kłamie, ale wiedziałam też dlaczego. Moi rodzice wcale nie zginęli w jakimś wypadku samochodowym, tylko zostali zamordowani. Zamordowani przez Śmierciożerców. Byli mugolami, a sługłusy Tego Którego Imienia Niewolno Wymawiać nienawidzą istot poza magicznych. Tylko ja przeżyłam. Po tym strasznym wydarzeniu zostały mi tylko dwie blizny. Jedna na karku, którą zawsze przykrywały moje włosy sięgające do łopatek. Druga zaś była na prawej stopie i ciągnęła się aż do połowy łydki. Ją zawsze przykrywały długie spodnie i pełne buty.
Często zastanawiałam się czemu nadal żyję. Przecież też tam byłam i powinnam podzielić los moich rodziców. Ciocia mi czasem opowiadała, że pewien czarodziej, nigdy nie powiedziała jak się nazywał, uratował mnie i przyniósł tutaj.
Spojrzałam na zegar na ścianie, żeby sprawdzić która jest godzina. Była już pierwsza po południu. To znaczy, że mam jeszcze godzinę do wyjścia na ten „cudowny" obiad u kuzynki wuja. Podeszłam więc do szafy i zaczęłam się zastanawiać co na siebie założyć. Zawsze miała słabość do koszul, rozciągniętych swetrów i za dużych bluz, więc moja szafa była ich pełna. Po chwili namysłu wyciągnęłam niebieską koszulę i ciemne jeansy. Założyłam to i zaczęłam wybierać dodatki. Wzięłam moją najukochańszą bransoletkę od cioci. Była czarna z trzema magicznymi koralikami, które zmieniały swój kolor wtedy kiedy zmieniał mi się nastrój. Każdy kolor to inny nastrój. Założyłam jeszcze zwykłe wkrętki z diamencikiem. Na sam koniec sięgnęłam pod łóżko, żeby wyjąć moją najlepszą torbę. Była czarna z zielonymi detalami. Ona też była zaczarowana. Kolor jej detali zmieniał się, wtedy kiedy jej właściciel, w tym przypadku ja, sobie tego zażyczył. Dostałam ją od wujka mojej cioci, ale ja też mówiłam, że to jest mój wujek. On jest czarodziejem i pracuje w ministerstwie, ale nie jest tak jakimś zwykłym pracownikiem. Pełni najważniejszą funkcję. Jest Ministrem Magii.
Na myśl o nim zaczęłam za nim tęsknić. Widziałam go ostatnio w moje urodziny, które były w lutym. Miałam wielką nadzieję, że zobaczymy się jeszcze w e wakacje.
Zmieniłam kolor detali na niebieski, tak żeby pasowały mi do koszuli. Spakowałam do niej szkicownik, teczkę z białymi kartkami, piórnik, mój ulubiony podręcznik do eliksirów dla trzeciego roku, słuchawki, no i oczywiście telefon.
Założyłam jeszcze moje jedyne baleriny, które dokładnie zasłaniały moje ślady po wydarzeniach z przeszłości. Zaraz przed wyjściem z pokoju przejrzałam się jeszcze w lustrze stojącym obok drzwi. Zobaczyłam w nim jedenastoletnią szatynkę o zielonych oczach. Nie byłam piękna, ale też nie grzeszyłam urodą. Nic nie miałam do swojego wyglądu. I z tą myślą zeszłam po schodach. Przy drzwiach wejściowych stała już cała rodzina. Ciocia Ally była ubrana w czerwona sukienkę, a na głowie miała niedbałego koka, w którym wygodała po prostu pięknie. Wujek miał na sobie swój ulubiony garnitur i krawat kolorystycznie pasujący do sukni jego żony, a mały Jack miał białą koszule i czarne spodnie. Wszyscy wpakowaliśmy się do srebrnego mercedesa i ruszyliśmy na spotkanie z rodziną.
Przez cała drogę słuchałam muzyki i czytałam książkę, więc nawet nie zauważyłam kiedy dojechaliśmy na miejsce. Gdy się zatrzymaliśmy wysiadłam z pojazdu wyłączając telefon i chowając lekturę do torebki. Od razu zauważyłam, że wszystkie domki na tej ulicy są takie same. Miały nawet identyczne ogrody z idealnie przystrzyżonymi trawnikami. Trochę się przeraziłam. Za dużo tu perfekcji. No, ale raz się żyje, prawda?
Podeszłam do reszty stojącej już przy domku na ulicy Privet Driwe numer cztery. Ciocia zapukała do drzwi. Po chwili otworzyły się i stanęła w nich kobieta z długą szyją, nienaturalnie szyją, brązowych włosach i oczach.
- Petunio! – powiedział na powitanie wujek.
- Mike! Jak dobrze cię widzieć w moich progach. – przywitała się kobieta. – Wejdźcie!
Kiedy weszliśmy do środka znajdowaliśmy się w holu. Od razu skrzywiłam się na jego widok. Po prawej stronie znajdowały się schody na piętro, a pod nimi były małe drzwi do komórki. O ścianę o brzydkiej wyblakłej tapecie z jakimiś dziwnie wyglądającymi wzorami opierał się wieszak na płaszcze i stojak na parasole. Na wprost ode mnie znajdowały się jeszcze jedne drzwi prowadzące do kolejnego pomieszczenia. Jak się później okazało znajdował się za nimi salon z najbrzydszymi meblami jakie kiedykolwiek widziałam. Co ja gadam! Z najbrzydszymi meblami jakie kiedykolwiek widział ten świat. Były tam dwa fotele i kanapa ustawione na przeciwko telewizora, który stał na elektrycznym kominku. Wtedy dopiero miałam stuprocentową pewność, że mieszkańcami tego domu są mugole. W salonie były następne drzwi. Te tym razem prowadziły do kuchni i jadalni. Gdy tylko do niej weszłam zobaczyłam dwójkę ludzi stojących przy stole.
Jeden z nich był mężczyzną bez szyi, o małych świńskich oczkach i łysiejącej głowie. Drugi wyglądał na dwunastolatka z ulizaną fryzurą i różową pulchną twarzą. Był ubrany w garnitur, więc pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy na jego widok to „świnia we fraku". Zaśmiałam się w duchu z tego porównania, bo było one zaskakująco trafne.
Na wielkim stole stały różne potrawy. Na największym talerzu znajdowała się ogromna kaczka, a na reszcie warzywa różnej maści i wielkości.
Jako, że na ten moment niestety, byłam dobrze wychowana musiałam się przedstawić i przywitać się z właścicielami.
- Dzień dobry. – powiedziałam nieśmiało i cicho. Nawet nie byłam pewna czy ktokolwiek to usłyszał.
- Cześć, jestem Dudley Dursley. – przedstawił się „prosiak" przez cały czas patrząc na pieczeń, ale gdy po chwili na mnie spojrzał to już nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Jestem Lolaraine. – powiedziałam już trochę głośniej.
- Witaj Lolaraine. – kobieta spojrzała na mnie i mogła bym przysiąc, że gdy spojrzała na moje zielone tęczówki, na moment z jej twarzy zszedł uśmiech i pojawiło się zaskoczenie, strach i szczypta pogardy. Po chwili znowu się uśmiechała. – Jestem Petunia, ale jak chcesz to możesz do mnie mówić ciociu. – kiwnęłam tylko głową. Nigdy tak do niej nie powiem. Była dla mnie obcą osobą. Nie znałam jej i miałam trochę złe przeczucie. – Poznaj mojego męża, Vernona. – wskazała na mężczyznę z zanikiem szyi. – Do niego możesz zwracać się wujku. – znowu tylko skinienie.
Kiedy gospodarze powitali już wszystkich swoich gości zasiedliśmy do obiadu. Dudley cały czas się na mnie gapił. Czułam się niekomfortowo. Ugh. To było okropne, a on i tak zjadł trzy razy więcej niż ja i Jack razem wzięci. Przy posiłku dorośli rozmawiali o różnych rzeczach, ale ja ich nie słuchałam. Za bardzo się skupiłam na tym, żeby jak najszybciej stąd wyjść, położyć się na łóżku, podziwiać moje szkice na ścianach i wypatrywać sowy z listem. Zamiast tego musiałam tu siedzieć. Życie jest niesprawiedliwe.
Po zjedzeniu swojej części wstałam od stołu i poszłam do salonu. Usiadłam na niewygodnej kanapie i już chciałam wyjąć swoją książkę, kiedy uświadomiłam sobie jak mogli by zareagować ci mugole na podręcznik do magicznych eliksirów w swoim domu. Wzięłam więc szkicownik i ołówek. Mój rysunek na początku miał przedstawiać jakiś zamek, ale po chwili go przerobiłam, tak że widniała na nim mała chatka na błoniach, która stała zaraz na granicy tajemniczego lasu.
Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że Dudley siedzi obok mnie.
- Daj mi to. – powiedział pokazując na mój szkic.
- Nie, bo to jest moje. – odpowiedziałam spokojnie, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem. Byłam zbyt zajęta doprecyzowywaniem mojego rysunku.
- Ale ja to chcę! – powiedział już trochę podenerwowany.
- Zapomnij. To jest moje. – nadal mówiłam spokojnie, chociaż w środku już powoli traciłam do niego cierpliwość.
- CHCĘ TO! CHCĘ! – zaczął krzyczeć, a już po chwili się rozpłakał. Długoszyjna kobieta od razu wpadła do pokoju i podbiegła do swojego syna.
- Co się stał Dudziaczku? – gdyby nie ta sytuacja na pewno bym się zaśmiała z tego zdrobnienia. – Cii. Już nie płacz. – zaczęła go uspokajać. – Co się stało?
- Ona nie chce mi tego dać. – odpowiedział grubas nadal cicho płacząc.
- Skarbie, daj mu to. – rozkazała Petunia zwracając się do mnie.
- Ale to jest moje. – nadal nie okazywałam swojego gniewu, ale czułam jak złośc we mnie buzuje.
- Lolaraine daj to Dudleyowi. – powiedziała błagalnie ciocia Ally.
- Ale to jest mój nowy rysunek. Jeszcze nigdy takiego nie narysowałam. – tym razem nie wytrzymała i w moim głosie było słychać zdenerwowanie. Wystarczyło, że jeszcze raz spojrzałam na ciocie i zobaczyłam w jej oczach tak wielkie błaganie o uległość, że nie wytrzymałam. Przestałam rysować i oddałam swoje dzieło „prosiakowi".
Naprawdę byłam załamana, bo serio podobał mi się ten szkic. Wstałam z kanapy i znowu zasiadłam do stołu. Vernon Dursley opowiadał wszystkim o swojej „fantastycznej" fabryce świdrów.Petunia rozdawała ciasto, a Dudley zjadał już trzecią dokładkę deseru. Ciocia i wujek przez cały czas udawali, że słuchają ich opowieści, ale ja widziałam, że są prawie tak bardzo znudzeni jak ja. Natomiast Jack siedział na dywanie i bawił się swoim małym zabawkowym samochodzikiem.
Ja tylko siedziałam i widelcem coraz bardziej rozdrabniałam swój kawałek sernika. Nie miałam nawet ochoty go spróbować. Czas ciągnął się jak chyba nigdy w moim życiu. Jak to jest, że gdy chcemy żeby czas przyśpieszył to on jak na złość zwalnia, a gdy chcemy, żeby zwolnił to on pędzi.
Przez kolejne dwie godziny działo się dokładnie to samo, ale już zauważyłam, że wujkowi ze znudzenia powoli zamykają się oczy i chyba nawet na chwilę zasnął. Ale zaraz się otrząsnął i spojrzał na zegarek na swoim nadgarstku. Po czym wstał i powiedział.
- Było naprawdę bardzo miło, ale niestety musimy już jechać. Kiedyś na pewno jeszcze wpadniemy.
Wszyscy się ze sobą pożegnali i w tempie ekspresowym opuściliśmy ten do. Zaraz po wejściu do samochodu westchnęłam z ulgi. Ucieszyłam się, że to już koniec. Mam nadzieję, że przez bardzo, ale to bardzo długi czas nie będę musiała oglądać tego domu i jego mieszkańców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz