Tu macie prolog mojego starego fanfiction o Harry'm Potter'ze, które postanowiłam kontynuować.
W takim razie zapraszam do czytania.
Czerwony samochód jechał ulicami do przedmieściach Londynu. Za kierownicą siedział wysoki brązowooki brunet. Tuż obok niego, na miejscu pasażera, spoczywała dosyć drobna kobieta o blond włosach i niebieskich oczach. Obydwoje mieli po dwadzieścia lat i byli małżeństwem zaledwie od roku. Natomiast na tylnym siedzeniu, w foteliku leżała pięciomiesięczna dziewczynka. Była przeurocza. Miała ciemne blond włosy, a pod jej zamkniętymi powiekami, z długimi rzęsami znajdowały się piękne zielone oczy.
Jechali tak przez kilka godzin. Jednak kiedy znaleźli się na totalnym pustkowiu mężczyzna zatrzymał samochód. Kobieta spojrzała na niego pytająco. Widząc jego znaczący wzrok wyjrzała przez przednią szybę pojazdu. Na samym środku drogi ujrzała kilka postaci, które były ubrane w czarne peleryny i szpiczaste czapki tego samego koloru. Byli odwróceni tyłem, więc kobieta nie widziała ich twarzy.
Kierowca zatrąbił klaksonem, żeby tamci zeszli z drogi. Niestety nie przyniosło to oczekiwanych efektów.
- Zaraz przyjdę. – powiedział do kobiety
- Bądź ostrożny. – poprosiła, a on tylko skinął głową. Wyszedł z pojazdu i zatrzasnął za sobą drzwi i jakby na ten znak dziecko smacznie śpiące z tyłu obudziło się nagle, ale nie wydało z siebie żadnego dźwięku tylko swoimi małymi oczkami obserwowało następujące zdarzenia.
Mężczyzna nadal stał przy samochodzie. Nie wiedział co ma zrobić. Trochę się bał, bo od tych ludzi emanowała jakaś dziwna energia, mroczna energia, która nie mogła oznaczać niczego dobrego.
- Przepraszam. Yyy… Czy nie mogli by się państwo trochę przesunąć? – zapytał, ale nie dostrzegł żadnej odpowiedzi, więc podszedł bliżej. Stwierdził, że oni go chyba nie zauważyli. Postanowił obejść ich dookoła, a gdy to zrobił kompletnie go zamurowało. Wszyscy prócz jednego mieli złote maski. Osoba nie zakrywająca twarzy była średniego wzrostu mężczyzną o długich blond włosach sięgających do ramion. W lekkim blasku reflektorów, które nie zostały wyłączone, można było dostrzec jego zimne szare oczy.
- Hym. Hym. – odchrząknął kierowca, który stał teraz zaledwie dwa metry od tej grupki.
Blondwłosy mężczyzna odwrócił się w jego stronę. W jego oczach można było dostrzec obrzydzeie.
- Czy moglibyście się przesunąć? Chciałbym tędy przejechać. – powiedział już trochę zdenerwowany kierowca samochodu. Zamiast odpowiedzi usłyszał śmiech. Ale nie był to przyjazny odgłos. Ten śmiech był przepełniony ironią. Od jego dźwięku aż dreszcz przebiegał po karku.
Postać z odkryta twarzą śmiejąc się wyjęła coś z kieszeni. Przypominało to zwykły patyk, ale mężczyzna, który tak pomyślał od razu zobaczył jak bardzo się mylił.
Tajemniczy człowiek powiedział jakieś nie zrozumiałe słowa i zaraz z kawałka drewna, który znajdował się w jego dłoni wyleciało dziwne zielone światło i trafiło prosto w bruneta. Brązowooki upadł na ziemię, bez ruchu, z otwartymi oczami i z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Kobieta siedząca w samochodzie krzyknęła przeraźliwie ze strachu, i to był jej największy błąd. Szarooki zwrócił się w jej stronę i znowu wyciągną prze siebie dziwny niebezpieczny patyk i coś powiedział. W jednej chwili samochód stanął w płomieniach. Mężczyzna kolejny raz cos powiedział i oślepiające zielone światło trafiło prosto w serce kobiety, która opadła bezwładnie na fotel z takim samym wyrazem twarzy jaki widniał na twarzy jej męża.
Dwaj mężczyźni w pelerynach zaciągnęli martwe ciało kierowcy do samochodu, żeby jego śmierć wyglądała na wypadek. Żaden z napastników nie zauważył dziecka siedzącego na tyłach pojazdu.
Nagle rozległy się dziwne trzaski. One były ogłuszające. A po chwili na drodze znajdował się już tylko płonący samochód, w którym ciągle znajdowała się mała dziewczynka. Tajemnicze postacie zniknęły.
Dziecko nie wydawało z siebie żadnego dźwięku, do puki nie dotarł do niego ogień. Najpierw gorąco połaskotało jej prawą nóżkę. Zaczęła się trochę wiercić. Dopiero gdy ogień zaczął ją parzyć w kark, zaczęła płakać.
Przez dym znajdujący się w zamkniętym pojeździe zaczęła się dusić. Powoli traciła świadomość, lecz nagle znowu usłyszała głośny trzask i w tym momencie drzwi od strony kierowcy otworzyły się. Ktoś wyją ciało zamordowanego mężczyzny z płomieni i po chwili pojawił się z drugiej strony samochodu, żeby wyciągnąć jego zmarłą żonę.
Gdyby nie to, że dziewczynka wydała z siebie dosyć głośny krzyk bólu, spowodowany ogniem na karku i nodze, wybawiciel na pewno by jej nie zauważył.
Pięciomiesięczna dziewczynka poczuła jak jakieś silne ręce wyciągają ją z rozpadającego się samochodu. Odetchnęła świeżym powietrzem i spojrzała na swego wybawcę. Był to wysoki mężczyzna o ciemnych kręconych włosach sięgających prawie do ramion. Miał lekki zarost tego samego koloru, a jego ciemne oczy błyszczały w blasku księżyca, ale one nie patrzyły w jej stronę. Cały czas spoglądały na płonący pojazd. Dziewczynka nagle zamknęła oczy i najzwyczajniej w świecie zasnęła.
Ciemnooki mężczyzna położył ją na chwilę na drodze, żeby jeszcze na chwilę wrócić do samochodu. Zajrzał do środka i wyjął stamtąd wszystkie trochę nadpalone dokumenty. Przejrzał je i położył je obok martwych ciał małżonków i podniósł dziewczynkę. Po czym sięgnął do kieszeni i wyjął z niej patyk, który bardzo przypominał ten należący do szarookiego blondyna. Ten też powiedział jakieś nie do końca zrozumiałe słowa. W tym momencie ogień zniknął.
Znowu rozległ się taki sam dźwięk, który towarzyszył pojawieniu się mężczyzny. Pojawiła się kolejna postać. Był to wysoki starzec o biało-siwych włosach z długą brodą tego samego odcieniu. Był ubrany w ciemno granatową szatę, a na nosie znajdowały się okulary-połówki. Podszedł do mężczyzny trzymającego dziecko.
- Kolejny atak Śmierciożerców na niewinnych mugoli. – powiedział wybawiciel.
- Po prostu znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, o nie odpowiednim czasie. – powiedział starzec. – Wszyscy zginęli, prawda? – zapytał ze smutną miną.
- Nie. Dziecko przeżyło, ale niestety straciło obydwóch rodziców. – przerwał i westchnął smutno. – Biedny mały mugol.
- To nie jest mugol, Syriuszu. – powiedział starszy mężczyzna uśmiechając się lekko.
- Nie? Skoro nie jest mugolem, to w takim razie jest…
- Jednym z nas. Trzeba je zabrać do jego najbliższej rodziny. Jak się nazywali jej rodzice?
- Mike i Jane Shy-Lonely. Ja… Znam… Znałem ją. – zająkał się lekko. – To była mugolska kuzynka Lily.
- Ale do niej jej nie zaniesiemy ze względu na ich sytuacje. – zamyślił się. – Jak się nazywa? – dodał wskazując na śpiącą dziewczynkę.
- Z dokumentów wynika, że Lolarein. – odpowiedział Syriusz.
- Jak się nazywa matka Jane? Zaniesiemy do niej dziecko?
- Hmmm… - zastanowił się. – Chyba… Emma. Emma Good-Look.
- Dobrze. Zaraz ją zlokalizujemy. A teraz trzeba coś zrobić, żeby dziewczynka się obudziła. – powiedziawszy to wyciągnął z kieszeni swojej szaty czarny patyk z równymi wypukłościami. Swoją różdżkę. Machnął nią w stronę dziecka.
Syriusz poczuł drobny ruch na swoich rękach. Dziewczynka poruszyła ręką i powoli otworzyła oczy. Wtedy to zobaczyli.
- Jej oczy! – ciemnowłosy prawie krzyknął. – Są takie podobne do…
- Wiem. – powiedział drugi mężczyzna i w tym momencie oczy dziewczynki zaszkliły się i zaczęła płakać. Nadal bolały ją oparzenia. Starzec podszedł do niej i przyłożył swój patyk do jej karku, na którym znajdowały się okropne czerwone bąble. Zaraz po zetknięciu drewna ze skórą na ich miejscu pojawiła się cienka wypukła jasna blizna, potem to samo stało się z jej raną na prawej nodze. Dziecko przestało płakać i zaczęło się swoimi szkarłatnymi, jeszcze trochę zaszklonymi, oczami uważnie przypatrywać mężczyznom. Syriusz przytulił ja do siebie i otarł jej policzki chusteczką, którą znalazł w kieszeni.
- Musicie już iść. – oznajmił starzec. – Ja się tutaj wszystkim zajmę. – zapewnił. Brunet kiwnął głową w odpowiedzi. – Napisz list do jej babci, w którym będzie, że jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. – powiedział. Syriusz zaszczycił go tylko skinieniem głowy. Ciemnooki z dziewczynką na rękach deportował się, czemu towarzyszył okropny trzask.
Znaleźli się we wskazanym miejscu. Znajdowali się na Victoria Road numer siedem. Syriusz podszedł do drzwi i położył dziecko i prze chwilą napisany list na wycieraczkę. Już miał zapukać kiedy drzwi nagle się otworzyły. Stała w nich dziewiętnastoletnia brunetka o brązowych oczach.
- Syriusz! – krzyknęła na jego widok.
- Ciii! – uciszył ją. – Co ty tu robisz, Ally?
- Mieszkam. Mam leprze pytanie. Co ty tutaj robisz?
- Jak to mieszkasz?! Przecież pod tym adresem powinna mieszkać Emma Good-Look…
- Bo ona tu mieszka. To jest matka mojego narzeczonego. Ale nadal nie rozumiem co ty tu robisz.
- Spójrz w dół. – dziewczyna go posłuchała, a gdy zauważyła małe zawiniątko wydała z siebie bliżej nie określony dźwięk. Coś pomiędzy krzykiem a jękiem. – Jej rodzice zostali zamordowani przez Śmierciożerców, ale w liście jest napisane, że zginęli w wypadku samochodowym. – powiedział ze smutkiem.
- Jane… Mike… - jęknęła cicho Ally.
- Współczuje. Jest mi strasznie przykro. – powiedział to i położył na chwilę rękę na jej ramieniu, gdy ją zdjął schylił się i podniósł dziecko z listem.
- Dumbledore kazał mi ją tu przynieść, aby miała dobrą opiekę i wsparcie ze strony swojej rodziny. – dodał.
- Dlaczego Dumbledore miesza się w jej życie? W jej sprawy? Przecież ona jest mugolem… - przerwała widząc mężczyznę kręcącego głową w zaprzeczeniu. – Chyba, że… To niemożliwe, przecież jej rodzice nie byli…
- Oni nie byli, ale ona jest. – powiedział stanowczo Syriusz i przekazał dziewczynkę w ramiona młodej kobiety.
Ally pożegnała się z mężczyzną i poczekała, aż się deportuje. Dopiero wtedy weszła do domu zamykając za sobą drzwi. Od tej chwili jej życie i życie Lolarein miało się kompletnie zmienić. Mała, nieśmiała i niepozorna dziewczynka miała zmienić całą historię. Nie była tego świadoma, ale od jej każdej decyzji zależało prawie wszystko. To właśnie ona zmieniła historie świata magicznego i tego pozbawionego jakiejkolwiek magii. Ona miała wszystko zmienić.
I co??